Shanties
     Serwis istnieje od 1995 roku
Międzynarodowy
Festiwal
Piosenki
Żeglarskiej
w Krakowie
kotwica
Strona główna Wiadomości    Historia        Galeria           Linki          Kontakt   
szukaj:
Menu główne
* Strona główna
* po Shanties 2018
* przed Shanties 2018
* Historia
* Galeria
* Wiadomości
* Linki
* Forum
* Wyszukiwanie
Inne
* działy artykułów
* działy newsów
* księga gości
* poleć serwis innym
* kontakt
* logowanie
* facebook
Linki
* bannery

shanties.pl
 
Oficjalny serwis festiwalu Shanties
 
staryport.krakow.pl
 
pomoc dla Qni
 
szanty24.pl
 
Szantymaniak
 
szanty.art.pl
 
winnegrono.krakow.pl
 
webserwer.pl
Historia Shanties
history

Osoby i instytucje zainteresowane wykorzystaniem treści znajdujących się na tych stronach proszone są o kontakt z autorem.

XXVII Międzynarodowy Festiwal Piosenki Żeglarskiej
"Shanties 2008"


DŁUGI REJS

      "Długi rejs" to niezliczone godziny wachty, ciągnące się w nieskończoność, to dni bez widoku lądu na horyzoncie, tęsknota za bliskimi, których wizerunek w pamięci ulega rozmyciu w miarę długiego rejsu, to zmagania z morskimi żywiołami i zwykłymi ludzkimi słabościami.


Aby nie błądzić po tej stronie - możesz wybrać to co Cię interesuje:


A oto jak wyglądały poszczególne koncerty


21.02.2008 r. - Czwartek

      Godzina 19:oo (Rotunda)
Koncert Wspomnień - "Na wodzie zima"

      XXVII Festiwal Shanties tradycyjnie rozpoczął Jerzy Porębski, tym razem nieoficjalnie - prezentacją niezwykłego gościa - na koncert przybyła bowiem fanka Starych Dzwonów - Edyta Geppert. Oficjalnego otwarcia dokonali przedstawiciele władz - Prezydenta Krakowa i Wojewody Małopolski, a następnie na scenie pojawili się członkowie zespołu Stare Dzwony, którzy prezentowali przeważnie swoje autorskie piosenki. Nie mogło zabraknąć "Krakowskich Szant" Poręby, "Gdyńskiego Portu" Muzaja czy bluesowej "Nostalgii" Janusza Sikorskiego, ze wspaniałymi improwizacjami m.in. Poręby na trąbce. Pojawiły się też piosenki premierowe i odkurzona przezabawna opowieść piracko-miłosno-kulinarna o "Chińskim Żeglarzu", której polskie słowa napisał legendarny "Sikor" - Janusz Sikorski. Jednak bezdyskusyjnym przebojem koncertu okazał się występ żeńskiej formacji Stare Dzwonnice. Ale po kolei...

 
W koncercie wystąpili:
  • Stare Dzwony - czyli
    • Jerzy Porębski,
    • Andrzej Korycki,
    • Ryszard Muzaj,
    • Marek Szurawski
    oraz
  • Betty Blue,
  • Gdańska Formacja Szantowa,
  • Tonam & Synowie,
  • Grzegorz Tyszkiewicz (GooRoo),
  • Stare Dzwonnice

      Na początek Stare Dzwony i kilka starych oraz nowych piosenek, a wśród nich "Bojery" Jerzego Porębskiego. "Poręba" chyba przyjął sobie za cel połamanie języków miłośnikom swojej twórczości, bo po "skwierczącym w kilwaterze syku szampana" tym razem zaserwował nam "mknące chyżo w przestworzach, ślizgi na płozach i szoty grzejące dłoń". :-) Następnie Betty Blue wprowadziła nas w klimat poetyckiej ballady morskiej inspirowanej literaturą Josepha Conrada, Stanisława Biskupskiego i Andrzeja Perepeczki, w przepięknej oprawie muzycznej samych gitar. Dodatkową atrakcją ich występu była premierowa piosenka "Oceanie" przygotowana specjalnie na ten koncert, co rzadko się zdarza debiutantom. Gdańska Formacja Szantowa zaprezentowała kilka starych ("Frau Kokoszke", "Przeczucie") i nowych ("Jezioro całe w deszczu") utworów, choć jakby mało wspomnieniowych. Takie wrażenie odniosłem dopóki na scenę nie weszli muzycy wspierający Waldemara Mieczkowskiego na jego nowej płycie "Ulubione", która miała premierę na Shanties. Od tego momentu zaczęła się prezentacja ulubionych utworów kapitana Mieczkowskiego, a wśród nich najpiękniejszych bluesowych ballad Janusza Sikorskiego "Sargassowe Morze", "Do Anioła Stróża" czy "Ballada o wszechżonie". A skoro to miały być jego ulubione piosenki, to tylko czekałem kiedy usłyszę Leonarda Cohena. No i doczekałem się - opatrzona kapitańskim komentarzem, że piosenką żeglarską jest każda piosenka, którą śpiewają żeglarze (czyżby jeszcze jeden znamienny głos w dyskusji na temat szantowości szant i żeglarskości piosenek żeglarskich?) zabrzmiała ze sceny przepiękna ballada "Maleńka nie można się żegnać w ten sposób" - no i jest nawet morski akcent. ;-)
 
" Twa miłość pójdzie ze mną, a moja tu zostanie
I tak się będą zmieniać jak brzeg i morskie fale"

 
Zespół Tonam & Synowie przywitał nas klasycznym czteropakiem szantowym ("General Taylor", "Płyńmy do Australii", "La Rohelle", "Essequibo River") czyli czterema szantami w jednej. Następnie były kaszubska "Hej żeglujże żeglarzu", "Way Down in Shawneetown" i wreszcie powalająca interpretacja "Lodów Grenlandii". W tym nieprzerwanym ciągu wspomnień z przełomu lat 80/90, kiedy zespół zaczynał święcić tryumfy na scenach szantowych, pojawiły się też "Kapitan Hayes", "Brzeg Nowej Szkocji", "Didn't My Lord Deliver Daniel", "Biały Minch" i "10 w skali Beauforta", "The Lion" oraz humorystycznie zaaranżowana popularna mazurska piosenka ogniskowa "Przechyły". Występ Tonamów został tak gorąco przyjęty przez publiczność, że musieli dwukrotnie bisować, co jest raczej rzadkością na Shanties.
Następnie na scenie pojawił się jeden człowiek - sam, ale za to z wielkim głosem - Grzegorz "GooRoo" Tyszkiewicz, który zaprezentował kilka piosenek wspomnieniowych - np. mój ulubiony "Staruszek Jacht", "North-West Passage", "Port", ale również jedną prawie nową (prawie, bo na Shanties jeszcze nigdy nie śpiewaną) "Żagle" i jedną zupełnie nową piosenkę "Moje Mazury", która doskonale oddaje to za czym tęsknią wszyscy, którzy mieli szansę pływać po Mazurach tak ja 20, albo i więcej lat temu.
 
"a mnie się śnią Mazury z żaglem bawełnianym, a ja wspominam tamtych ludzi z tamtych lat...
...łap-para-para parawan łap-para parawaraj"

 
Muszę tu również wspomnieć o fantastycznym, humorystycznym i jak najbardziej wspomnieniowym przedstawieniu historii czterech akordów, czyli jak powstała muzyka do najsłynniejszej piosenki żeglarskiej XX wieku - "Gdzie ta Keja". Okazuje się bowiem, że u źródeł leży "Hit the road Jack" Rey'a Charlesa, która w latach 60-tych po przebyciu oceanu i zakotwiczeniu w Szczecinie przeobraziła się za sprawą Filipinek w "Batumi". Niby miała już blisko do Świnoujścia, ale byłoby to zbyt proste, dlatego trafiła do Moskwy, gdzie Wasilij Pawłowicz Sołowiow-Sjedoj wpisał ją w "Podmoskownyje wieczera". Następnie wróciła na rodzimy grunt do Warszawy aby Zbigniew Kurtycz mógł napisać "Cichą wodę", a gdy powiał wiatr południowy, zawiał ją wreszcie do Świnoujścia, gdzie "pewien typ" wykorzystał ją do stworzenia największego swojego przeboju. :-) Tą historyjką słowno-muzyczną przeszliśmy do rozrywkowej części koncertu, w której na scenie królowały niepodzielnie już do końca... Stare Dzwonnice - formacja stworzona z miłości do Starych Dzwonów przez Annę Łaszewską, Monikę Szwaję, Mirę Urbaniak i Katarzynę Wolnik-Sayna. Dwie festiwalowe jurorki, dziennikarka i znana pisarka wystąpiły w spektaklu z pogranicza szant i kabaretu. W tym uroczym przedstawieniu panie śpiewały znane szanty i piosenki żeglarskie sparafrazowane przez pisarkę Monikę Szwaję i znanego fraszkopisarza ;-) Andrzeja Mendygrała. Oto mały fragmencik z autoprezentacji w "szancie" o jakże znamiennym tytule "Nie masz sił to spływaj":
 
"Mira każdy zwiedzi bar, za nic mając męski czar
Jej potrzebny chłop na schwał - nie masz sił to spływaj!
[...]
Śpiewać z nami w jeden ton może tylko Stary Dzwon
Reszta męskiej nacji - won! Nie masz sił to spływaj!"

 
I jeszcze jedno - był to najdłuższy koncert całego festiwalu - trwał ponad 5 godzin.

________________
komentarz | mail

 

      Noc z czwartku na piątek (Tawerna Stary Port)
Nocne szantowanie 

      Pierwsza noc szantowa w tawernie


22.02.2008 r. - Piątek

      Godzina 11:oo (Rotunda)
Koncert dla Dzieci - "Z dziećmi na pokładzie"

      Po zeszłorocznym eksperymencie z dodatkowym piątkowym koncertem dziecięcym, który przyciągnął zadziwiająco licznie najmłodszą widownię do Rotundy, dyrekcja festiwalu postanowiła w tym roku kontynuować pomysł organizując podobny koncert dla najmłodszych miłośników "szant". Tym razem rolę prowadzących koncert powierzono zespołowi Klang z Rzeszowa. Muszę przyznać, że po wspaniałym zeszłorocznym spektaklu zrealizowanym przez Annę Górecką wraz z zespołem Wesoła Załoga (Kamilu, dzięki za korektę), oczekiwałem podobnego wydarzenia w tym roku i z wielkim samozaparciem zmusiłem swój organizm do stawienia się o godz. 11:00 na koncercie dziecięcym. Zespół Klang przygotował jednak standardowy zestaw piosenek dziecięcych - autorskich, jak i zapożyczonych z repertuaru zespołu Zejman & Garkumpel, które odśpiewali ze sceny, uzupełniając je konkursami "wiedzy" o tematyce morskiej, nagradzając zwycięzców słodyczami. Moje wygórowane oczekiwania nie zostały więc zaspokojone, ale to się nie liczy, bowiem dzieciaki bawiły się wspaniale i były zachwycone możliwością wystąpienia na scenie - ochrona ledwie dawała sobie radę z piracko-marynarską zgrają małych morskich rzezimieszków (obojga płci) napierającą na niewielkie schodki wiodące na scenę.
Jedno co mnie osobiście trochę raziło to niektóre sformułowania padające ze sceny pod adresem dziecięcej widowni, takie jak "srajdy", czy "kuk gotuje żarełko" - obawiam się, że niektóre dzieci mogły nie zrozumieć o co chodzi. ;-)

CDN...

________________
komentarz | mail

 

      Godzina 18:oo (Rotunda)
Koncert Szanty Klasycznej - "Zmorżeni lądem"

      Po zeszłorocznym sukcesie, prowadzenie tegorocznego koncertu szaty klasycznej ponownie powierzono znanemu z doskonałego kontaktu z publicznością Maćkowi Jędrzejko z zespołu Banana Boat. Maciek, swoją dowcipną i zarazem kompetentną konferansjerką, wnosi świeżą bryzę w skostniałe grono konserwatywnych miłośników szanty klasycznej (tu niektórzy pomyślą o takich jak ja). ;-) Pomysł z wciąganiem publiczności do wspólnego śpiewania a capella, przez zespoły schodzące ze sceny środkiem sali okazał się w ubiegłym roku takim hitem, że byłbym mocno rozczarowany gdyby w tym roku nie był kontynuowany. A muszę tu napisać, że coś co wydawałoby się na pierwszy rzut oka takim prostym zabiegiem reżyserskim, w rzeczywistości jest niebagatelnym przedsięwzięciem artystyczno-logistycznym. Przede wszystkim należy z wszystkimi wykonawcami, również zagranicznymi, uzgodnić repertuar szantowych hitów - swoistych "pieśni masowego rażenia", takich, które nawet w języku angielskim są znane większości widzów. Niektórym wykonawcom należy wskazywać kierunek zejścia ze sceny, bo jakoś dziwnie zawsze ciągnie ich za kulisy. No i wreszcie przejście środkiem sali musi być przez cały czas drożne, co na Shanties i w ciasnej sali Rotundy jest niemal niemożliwością. Ale w tym roku ponownie się udało i mam nadzieję, że to wspólne śpiewanie a capella i unplugged stanie się już tradycją bez względu na to kto i kiedy będzie prowadził koncert szanty klasycznej na krakowskich Shanties.

 
W koncercie szanty klasycznej wystąpili:
  • North Wind,
  • Ryczące Dwudziestki
  • Four'n'Aft (Anglia),
  • Stare Dzwony,
  • Perły i Łotry,
  • Gallionsfigurene (Norwegia),
  • Banana Boat,
  • ALL HANDS

      Koncert rozpoczęła formacja North Wind, którą na początku 2006 roku stworzyli muzycy związani już z innymi grupami uprawiającymi szantowe i folkowe muzykowanie. Osobiście zdecydowanie bardziej przemawiały do mnie ich klasyczne twarde wykonania pieśni pracy a capella ("General Taylor", "Pull Down Below"), niż smętne ballady z towarzyszeniem instrumentów ("Stary Żeglarz"). Unplugged zaśpiewali wraz z publicznością "Mobile Bay".
Dawno nie widziałem tak kolorowych i tak... łysych ;-) Ryczących Dwudziestek. Łysinka zarezerwowana dotychczas dla Jaśqa, tym razem przeniosła się na Sepa. Podczas swojego recitalu zaprezentowali kilka dobrze już znanych aranżacji klasycznych szant w swoim charakterystycznym perfekcyjnym stylu i premierowe "Moje Morze" - piękne, ukraińskie, "sjerdceszczypatielnoje" i ani trochę szantowe. Unplugged zaśpiewali wraz z publicznością "Kongo River".
Zespół Four'n'Aft, jak można się było spodziewać, dał koncert w iście angielskim stylu. Ciekawa harmonia głosów czworga Anglików doskonale prezentowała się zarówno w klasycznym szantowym repertuarze jak i w wykonywanych przez zespół pieśniach morskich. Zespół tak ułożył swój repertuar aby każdy mógł zaprezentować się w indywidualnym popisie wokalnym, co pozwoliło dobrze poznać brzmienia poszczególnych głosów w poszczególnych utworach takich jak "Heave Away, Cheerily-O", "Santiano" czy "John's gone to Hilo". Unplugged zaśpiewali wraz z publicznością "The Rio Grande".
Stare Dzwony wystąpiły w repertuarze klasycznym - "Roller Bowler" (przy okazji wspomniano o mistrzowskich tłumaczeniach szant klasycznych przez Sikora), "Hog-Eye Man", "Blow Boys, Blow", "Essequibo River/Julianna" i "Wheep Jamboree" oraz unplugged wraz z publicznością "24 lutego". Jedynym "zgrzytem" mogłoby być "Dzyń dzyń" Andrzeja Koryckiego, gdyby nie okoliczności udowodnione rekwizytem - przed koncertem panowie zostali obdarowani buteleczką "żołądkówki, nawet gorzkiej" (nie było to "morze żołądkówki", ale jak rozumiem liczy się intencja) - i jak tu w takich okolicznościach nie zrobić wyjątku? ;-)
Perły i Łotry jak zwykle a capella i klasycznie, w typowej "łotrowskiej" interpretacji szant i pieśni współczesnych stylizowanych na pieśni pracy. Jak na łotrów przystało chłopcy na scenie skrzyżowali szpady (Maciek Jędrzejko z Michałem Gramatyką) i nie obyło się bez obrażeń - "jednym perwersyjnym cięciem" Michała, Maciek został pozbawiony swojego małego srebrnego "cycusia"... na hełmie. ;-) A na koniec, częściowo unplugged, zabrzmiała "Burza".
Występ norweskiego chóru Gallionsfigurene poprzedziła humorystyczna prezentacja dokonana przez Andrzeja Grzelę z RO'20, któremu ku uciesze widzów "pomagał" Maciek Jędrzejko. Norweżki śpiewały szanty klasyczne w wersjach oryginalnych jak i w tłumaczeniach na swój język ojczysty, co nie przeszkadzało publiczności we wspólnym śpiewaniu - jak kto umiał. Ciekawie brzmiało "Wheep Jamboree" po norwesku i śpiewana na końcu unplugged "South Australia" - niby po angielsku, ale z twardym norweskim akcentem.
Jako ostatni wystąpili gospodarze koncertu - zespół Banana Boat, rozpoczynając swój recital oryginalnym wstępem do swojego wielkiego przeboju "Banana Boat". Następnie poznaliśmy pierwszą premierową piosenkę - wspaniale brzmiącą i wpadającą w ucho "Stavanger" - utwór autorski stylizowany na szantę wiosłową (choć na mój gust trochę za szybka jak na długie pociągnięcia). Jak się okazało piosenka ta spotkała się z gorącym przyjęciem publiczności i uznaniem jury wyrażonym w indywidualnym wyróżnieniu. Piosenka tak bardzo wpadała w ucho, że mój syn jeszcze przez kilka dni podśpiewywał sobie "rolling, rolling to skafander, rolling to skafander, roll and go...". ;-) Pozostałe autorskie utwory ciężko zakwalifikować do nurtu szanty klasycznej - czasami tylko w refrenach pobrzmiewały drobne rytmiczne motywy spotykane zwykle w szantach...
 
"Hen na szczyt i aż po dno - pan Ocean nadał życiu swój ton
Hen na szczyt i aż po dno - w rytmie fal znika ląd"

 
...brzmiało może trochę jak szanta pompowa.
Koncert zakończył się klasycznym All Hands on Deck (choć tym razem było to raczej All hands in the forecastle). ;-)

________________
komentarz | mail

 

      Godzina 23:oo (Rotunda)
Koncert Nocny - "Jak statki na niebie"

      Tradycją krakowskich Shanties stało się, że w piątkową noc sala Rotundy rozbrzmiewa piosenkami, delikatnie mówiąc, nie całkiem serio. Bywały więc szanty "dla dorosłych" o nieco pikantnym zabarwieniu i szanty "z przymrużeniem oka", bywały fraszki zoologiczno-marynistyczno-erotyczne, a ponad 20 lat temu pierwsza w świecie opera szantowa "Shenandoah". ;-) Tegoroczny koncert już przez sam tytuł nie pozostawiał wątpliwości - "Jak statki na niebie" - szlagiery muzyki popularnej, często evergreen'y polskiej piosenki, traktujące w mniej lub bardziej bezpośredni sposób o morzu, wodzie i pływaniu, nie mające nic wspólnego z szantami, ale znane wszystkim i zwykle lubiane bez względu na wiek, z repertuaru zespołów i solistów niezwiązanych z szantami - jakkolwiek by pojmować ten termin. Pikanterii całemu przedsięwzięciu dodaje fakt, że koncert poprowadził zespół Tonam & Synowie, znany zarówno z repertuaru szantowego jak i bardzo dalekiego od szant, chociaż podawanego w perfekcyjnej oprawie ich wspaniałych głosów. Formuła koncertu była również bardzo nowatorska bowiem każdy zespół zaproszony do występu w tym koncercie musiał zaśpiewać utwór nie będący piosenką żeglarską, ale w jakikolwiek sposób związany tematycznie z morzem. Kolejne występy przetykane były jinglami nagranymi profesjonalnie, specjalnie na tę okazję, nawiązującymi do prezentowanych piosenek, a zrealizowanymi w formie przypominającej do złudzenia komentarze znane starszym odbiorcom z Polskiej Kroniki Filmowej - brawo Atari! :-) Każdy taki wstęp poprzedzany był jedną piosenką zespołu Tonam & Synowie wykonywaną z balkonu Rotundy, przez co publiczność zmuszona do odwrócenia się i skierowania wzroku na "jaskółki", nie musiała przyglądać się zamieszaniu na scenie związanemu z instalacją kolejnych zespołów. Kolejny świetny zabieg reżyserski i kolejny doskonały pomysł, pokazujący jak wiele jeszcze nieodkrytych możliwości daje sala krakowskiej Rotundy.

 
W koncercie wystąpili:
  • Tonam & Synowie,
  • Hambawenah,
  • Klang,
  • Gdańska Formacja Szantowa,
  • Perły i Łotry,
  • Szela

      Pierwszymi, którzy porwali publiczność do zabawy był zespół Hambawenah, znany już krakowskiej publiczności z nowoczesnych interpretacji tradycyjnych polskich pieśni flisackich. W tym roku dali pełen energii recital, w którym nie mogło zabraknąć największych przebojów - "Pytajo się ludzie" i "Lipka". Zespołowi należą się szczególne wyrazy uznania za poszukiwanie i znalezienie własnego folkowego stylu oraz odkrywanie i popularyzację naszych rodzimych śródlądowych pieśni pracy flisaków, z czasów kiedy Polska nie miała na tyle rozwiniętej kultury morskiej.
 
"Pytajo się ludzie gdzie Janulo bywał?
Do samego Gdańska na cułenku pływał"

 
Zespół Klang w nieco odmienionym składzie rozpoczął swój występ od wielkiego wodnego przeboju Wałów Jagiellońskich - "Monika - dziewczyna ratownika". Pojawiły się też "u Gildy", poświęcona i dedykowana obecnemu na koncercie bosmanowi s/y Zawisza Czarny - Henrykowi Sienkiewiczowi - "W rufę kop bosmana", "Kilo serca, duszy funt" z robiącym furorę na wszystkich festiwalach układem choreograficznym oraz "Kliper Sue" uważana za najładniejszą piosenkę jaką stworzył zespół i kajakowy szlagier Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego "Jutro popłyniemy daleko".
 
"Jutro popłyniemy daleko, jeszcze dalej niż te obłoki,
Pokłonimy się nowym brzegom, odkryjemy nowe zatoki"

 
Jako przerywnik przed recitalem Gdańskiej Formacji Szantowej pojawił się wykonywany przez Tonamów "żeglarski" przebój Krzysztofa Krawczyka - "Parostatek". Pozostając w "marynarskich" marzeniach Krzysztofa Krawczyka, Gdańska Formacja Szantowa zaśpiewała "Chciałem być"
 
" Chciałem być marynarzem, chciałem mieć tatuaże, podróżować, zwiedzać świat pięknie żyć, garściami życie brać"
 
GFS zaśpiewali kilka znanych piosenek - "Face to face", "Frau Kokoszke", ale w przeważającej części zaprezentowali utwory premierowe - "Jezioro całe w deszczu", śpiewana gościnnie przez Izę Puklewicz "Planeta Ziemia" oraz kilka "Ulubionych" piosenek Waldemara Mieczkowskiego, a wśród nich pięknie zaaranżowany "Słynny niebieski prochowiec" Leonarda Cohena.
W przerwie Tonamy stały się na chwilę Alibabkami aby z balkonu Rotundy zabrzmiało "Kapitańskie Tango", podczas którego na scenie Michał "Doktor" Gramatyka porwał do tańca jedną z Pereł - z braku długowłosej blondynki... długowłosego blondyna (Marka Wójcika). :-)
W wykonaniu Pereł i Łotrów usłyszeliśmy premierowe na Shanties wykonania "Jubalee" i "Boski wiatr" oraz znane i lubiane "Bateau l'arrive" i "Burza". Przy okazji dowiedzieliśmy się, że "Bateau l'arrive" czyli "łódź przybywa" jest to okrzyk, który brzmi przez krakowską starówkę, kiedy w pierwszej lidze ma zagrać Wisła Kraków z Widzewem Łódź... (starówka to jest w Warszawie, a w Krakowie jest Stare Miasto). ;-) Po tym dziwnie krótkim recitalu nastąpiła zapowiedź Michała Gramatyki, że chłopcy, nacechowani chrześcijańską spolegliwością, postanowili dobrowolnie oddać część przysługującego im czasu następnemu zespołowi...
W przerwie pojawił się jingiel przedstawiający muzyczne dokonania Zbigniewa Wodeckiego i wspomnienie "Pszczółki Maji".
I tu nastąpiło gigantyczne zaskoczenie - dziewczyny zaczęły piszczeć, panowie zaczęli się niespokojnie wiercić bowiem na scenie pojawili się "Tekstylni" - czyli skąpo odziani przystojni młodzieńcy z zespołu... Perły i Łotry, aby wykonać jakże morską pieśń - "Chałupy Welcome to". :-) To był show w iście kabaretowym stylu, a dziennikarze narzekający na brak "pieprzyku" w tym nocnym koncercie musieli chyba ten moment przespać.
Gdy wreszcie rozgrzana do czerwoności żeńska część publiczności wypuściła Perły ze sceny, zabrzmiał jingiel wspominający Krzysztofa Klenczona i "10 w skali Beauforta" w wykonaniu Tonamów. Przez ten czas na scenie zainstalował się zespół Szela w składzie jakiego dotychczas nie widziałem - ni to Smugglersi, ni to Króliki. ;-) Pozostając w nurcie popularnej muzyki "okołomorskiej", Szela zagrała na rozgrzewkę "Port" Krzysztofa Klenczona. Później pojawiły się folkowe utwory śpiewane po kaszubsku przez Beatę Bartelik-Jakubowską - "Radunia" opowiadająca o rzezi Kaszubów przez Krzyżaków i "Rebok".
 
"a w Raduni krwawo wueda
szkueda uejca, żeco szkueda"

 
Usłyszeliśmy też premierowe na Shanties wykonanie piosenki "Spanish Main", pochodzącej z repertuaru Fairport Convention, do której polskie słowa napisał utalentowany basista Smugglersów i Szeli - Krzysztof "Jachu" Janiszewski. A z okazji 50-tych urodzin Dariusza Ślewy, w prezencie jaki postanowił sobie zrobić, zamieniając Szelę w Smugglersów - najnowszą aranżację "Liverpool Judies" z fantastycznymi solówkami gitarowymi. Szkoda tylko, że do tego czasu dotrwała może połowa widowni, co nie przeszkodziło aby odśpiewać chóralne "Sto lat" jubilatowi.
Koncert zakończył po godzinie 2 w nocy zespół Tonam & Synowie śpiewając "Levas Polka", "The Lion" i na bis tytułowe "Jak statki na niebie".

________________
komentarz | mail

 

      Noc z piątku na sobotę (Tawerna Stary Port)
Nocne szantowanie 

      Druga noc szantowa w tawernie


23.02.2008 r. - Sobota

      Godzina 11:oo (Rotunda)
Koncert dla Dzieci - "Rejsy długie i bajkowe przez zagadki neptunowe!"

      Drugi koncert dziecięcy to już królestwo Neptuna, w którego rolę wcielił się nieoceniony twórca "szanteczek" dla dzieci - Mirek "Koval" Kowalewski. Wraz z zespołem Zejman & Garkumpel wybierał spośród najmłodszej szantowej publiczności świtę Neptuna, a wybór był trudny, bo dzieciaków chętnych do uczestnictwa w konkursach było więcej niż mogłaby pomieścić cała scena. Ochroniarze mieli więc pełne ręce roboty. Nagrodami w konkursach były "medale" w postaci płyt z piosenkami żeglarskimi dla dzieci, a na koniec koncertu, wszyscy odznaczeni w ten sposób mali uczestnicy koncertu zostali na scenie oficjalnie mianowani świtą Neptuna. Aby jednak ostatecznie zostać członkiem tego zaszczytnego grona należało przejść mrożącą krew w żyłach próbę odwagi, polegającą na nadmuchaniu balonu i wytrzymaniu bez mrugnięcia okiem, bez najmniejszego wręcz objawu przestrachu, w chwili gdy balon ten był "znienacka" przekłuwany przez samego władcę mórz. ;-) Okazało się przy okazji, że dla niektórych maluchów już samo nadmuchanie balonu jest próbą nie do przejścia, a przekłucie takiego nienadmuchanego balonu nie lada wyzwaniem nawet dla samego Neptuna, ale chęci i zaangażowanie były tak wielkie, że nagroda była w pełni zasłużona.

________________
komentarz | mail

 

      Godzina 17:oo (Rotunda)
Koncert Pieśni Kubryku - "Muzyka między wachtami"

      Po raz pierwszy w historii festiwalu odbył się koncert pieśni kubryku w takiej formule, jaką w tym roku zaproponował Jerzy Ozaist. Zdarzało się, że kilka lat temu koncertem pieśni kubryku nazywano sobotni koncert nocny, na którym pojawiały się raczej piosenki żeglarsko-morskie o charakterze rozrywkowo-tanecznym, zdarzały się też koncerty szant i pieśni kubryku, były koncerty ballad, były konkursy pieśni kubryku, ale jak dotychczas nikt nie zaproponował formuły takiej jak niekwestionowany znawca gatunku, nagrodzony w ub. roku za autorytet i osobowość, jeden z moich ulubionych od 20 lat wykonawców (człowiek, który wiele lat temu nauczył mnie jak wielka jest różnica między kobzą i dudami!) ;-) - Jurek Ozaist. A cóż tak niezwykłego było w tej formule? Otóż przede wszystkim zebranie wszystkiego co można umieścić pod szerokim pojęciem pieśni kubryku w jeden koncert. I niech zamilkną wszyscy ci, którzy spodziewali się usłyszeć na takim koncercie "Morskie opowieści" albo "Hiszpańskie dzewczyny", chociaż... już chyba nic mnie nie zadziwi. ;-) Jednak również w tym wypadku tytuł koncertu bardzo trafnie precyzował co się będzie działo na scenie. A pomogła w tym Jurkowi scenografia zaprojektowana przez Wojtka Miętkę (pomysłodawcą był sam reżyser), bowiem w tym roku scena została zamieniona w autentyczny marynarski kubryk - miejsce, w którym marynarze spędzają czas wolny między wachtami, gdzie śpią, bawią się, zajmują się swoimi pasjami, snują opowieści, śpiewają i grają "muzykę między wachtami". I znamienne słowa wypowiedziane przez reżysera ze sceny, adresowane do jakiegoś wyjątkowo hałaśliwego, żądnego "szant" widza, że na tym koncercie kolejne wachty schodzące pod pokład, po ciężkiej pracy na decku, nie śpiewają szant tylko odpoczywają i śpiewają "to co im w duszy gra...".

 
Podczas koncertu wystąpili:
  • Pod Wiatr,
  • Flash Creep,
  • Sąsiedzi,
  • Drake,
  • Tonam & Synowie,
  • Mechanicy Szanty,
  • 4 Refy,
  • Ryczące Dwudziestki

      Kolejność zespołów pojawiających się na scenie została ułożona przez reżysera według długości stażu scenicznego. Dlatego jako pierwsi do kubryku zeszli z pokładu członkowie zespołu Pod Wiatr. A że rejs to zimowy i na pokładzie mokro - podwachta pojawiła się w sztormiakach otrzepując się z wody. Debiutanci zaprezentowali piosenki autorskie o tematyce morskiej, opowiadające o marynarskim życiu na statku i w porcie - o tym jak to jest "Pod deckiem i na decku", wspominali "Damy z Frisco Bay" i tawernę w "Rio Grande". Poszczególne utwory zapowiadali w ciekawy sposób inscenizując dialog między kamratami z pokładu. Szkoda tylko, że prowadzący koncert Jurek Ozaist tak gwałtownie przerwał występ młodego zespołu, że widzowie nawet dobrze nie zdążyli nagrodzić ich należnymi brawami.
 
" Pod deckiem i na decku od wielu lat mam dom
Lecz w sercu ciągle noszę wspomnienia moich stron"

 
Kolejną wachtą schodzącą z pokładu było trio Flash Creep, które zaczęło swój recital od bluesowego wspomnienia o "Julce Piegowatej". W kubrykach różnych statków na morzach i oceanach tego świata śpiewa się często o tęsknocie, miłości, żalu - o wielu "kobiecych aspektach marynarstwa", a któż mógłby lepiej o tym zaśpiewać jak nie zespół specjalizujący się w takiej właśnie tematyce. W naszym kubryku zabrzmiały spokojne dźwięki ballad "Zimny podmuch", "Ja wiem" i wreszcie "Życie na pół" - piękna piosenka napisana przez Izę Puklewicz i Maćka Łuczaka w ich domowym kubryku, piosenka w której mogliśmy usłyszeć całe bogactwo możliwości wokalnych Izy, choć nie wiem czy została zaśpiewana do końca z powodu wzruszenia wykonawczyni.
 
"Sól we łzach, całe morze łez w mych snach
Znów poduszka pusta obok, razem ze mną śni
[...]
Znów wróciłeś jesteś tu, z twoich oczu bije mróz
Cały ty lecz to nie ty..."

 
Na koniec recitalu Flash Creep zabrzmiało wspomnienie o Józku Kanieckim - 2 lata po jego śmierci wciąż wywołujący łzy w oczach słuchaczy "Dziwny Skrzypek".
Kolejnym wykonawcą w naszym kubryku był zespół Sąsiedzi. Zaczęli swój występ bardzo ładną balladą "Marynarz Królewskiej Floty", o marynarzu wcielonym siłą do marynarki wojennej. Następnie premierową piosenką pt. "Korsarze Republiki" opowiedzieli o autentycznych wydarzeniach, postaciach i okrętach korsarzy Republiki Francuskiej. Kolejny utwór "Wrócić do Derry" z debiutanckiej płyty Sąsiadów o tym samym tytule, opowiadał o transporcie skazańców do australijskiej Botany Bay. No i wreszcie nastąpił moment napięcia, gdy członkowie zespołu wycofali się, a z głośników spłynęły delikatne dźwięki concertiny Marka - wiadomo było, że za chwilę coś się wydarzy. Dominika podeszła do mikrofonu, a na sali zaległa absolutna cisza:
 
"While goin' the road to sweet Athy, ha-rroo, ha-rroo"
 
zabrzmiały cichutko i delikatnie pierwsze słowa ballady "Johnny, I hardly knew 'Ya". Napięcie narastało gdy Dominika śpiewała
 
"Where are the legs with which you ran, ha-rroo, ha-rroo",
 
a w tle słychać było dźwięki jakby łkającej mandoliny Kamila, później w refrenie włączające się kolejne męskie głosy, a w zwrotce kolejne instrumenty - skrzypce, gitara. I wreszcie Dominika pełnym głosem śpiewająca:
 
"I'm happy for to see ye home, ha-rroo, ha-rroo"
 
a publiczność z zapartym tchem rytmicznie wyklaskująca słowa, gdy cały zespół - tym razem a capella, śpiewał już przepełniony złością, wręcz żądzą zemsty, refren:
 
"With yer guns and drums and drums and guns, ha-rroo, ha-rroo,
With yer guns and drums and drums and guns, ha-rroo, ha-rroo,
With yer guns and drums and drums and guns, the enemy nearly slew ya
Oh my darling dear, Ye look so queer, Johnny, I hardly knew ya"

 
Gdy wybrzmiały ostatnie nuty pieśni, publiczność oszalała - Sąsiedzi chyba się nie spodziewali takiej owacji i na koniec przygotowali jeszcze jeden utwór, ale kto by pamiętał co to było... Bo takiego wrażenia nie zrobiło na mnie chyba żadne wykonanie piosenki na Shanties od czasów pamiętnego "Tri Martolot" projektu Ryczące-Shannon.
"Johnny, I hardly knew 'Ya" - "Johny, tak trudno mi cię rozpoznać" - to tradycyjna irlandzka pieśń z początku XIX wieku, pokojowy protestsong przeciwko wojnie, jej okrucieństwu, przeciwko wcielaniu do armii młodych zdrowych mężczyzn, którzy wracają do domu okaleczeni, do niczego nieprzydatni. Opowiada o takim właśnie młodym człowieku, który wrócił na okręcie do rodzinnego miasta Athy, z służby w kompanii wschodnioindyjskiej, idzie z portu przez miasto i nikt go nie poznaje, ponieważ jest tak okaleczony.
W interpretacji Sąsiadów słychać było wszystkie emocje jakie niesie z sobą ten utwór - miłość, rozpacz, smutek, złość, nienawiść, żal, bunt... nawet nie znając słów można było doskonale zrozumieć o czym jest ta pieśń.
Zespół Drake, który zszedł do kubryku jako kolejny starszy stażem wykonawca, wzbudził we mnie uczucia mieszane. Rytmiczne irlandzkie brzmienia, zachęcające do zabawy, wychodzą im całkiem ładnie, ale czegoś mi w tych piosenkach brakuje, a wręcz coś nie pasuje. No i zacząłem się zastanawiać co - muzyka jest w porządku, ale słowa? akcenty? Dla mnie to brzmi tak jakby ktoś wyjął słowa z innej piosenki i na siłę wcisnął w te irlandzkie rytmy. Piosenka premierowa (niestety jeszcze nie znam tytułu) zaczęła się bardzo ciekawie - flet i bodhran tworzyły intrygujący nastrój (na szczęście widać postępy, bo odkąd pamiętam bodhran nie był mocną stroną zespołu), ale po chwili czar prysł i zaczęło się zwykłe folkowe "umpa-umpa" z nieco ciekawszymi wstawkami instrumentalnymi. Właściwie pod względem instrumentalnym nie mam Drake'owi nic do zarzucenia, ale w połączeniu z wokalem (i nie chodzi tu głosy wokalistów!) cały instrumentalny warsztat ginie w tym "niedopasowaniu" słów do melodii i rytmu.
Jeszcze starsza stażem, choć z długą przerwą w występach na scenie szantowej okazała się wachta Tonam & Synowie, która po raz kolejny wykonała swoją niecodzienną interpretację a capella "Przechyłów" i kilka innych utworów, które mieliśmy już okazję słyszeć na wcześniejszych koncertach
Mechanicy Szanty pojawili się w kubryku jak zwykle witani owacyjnie. Po dwóch znanych kawałkach "Green Horn" i "Na dno", zabrzmiało premierowe na Shanties wykonanie "Kochaj mnie serce me..." z interesującą partią banjo jednak nieco mniej interesującym tekstem (3 zwrotki i 10 refrenów). Na koniec nie mogło zabraknąć przebojowej "Bitwy" czyli ociekającej "ciepłą krwią" kubrykowej opowieści o piratach. ;-)
Jedną z najstarszych stażem wacht na szantowych scenach stanowił zespół Cztery Refy. Mistrzowie pieśni kubryku, mający w swoim repertuarze dziesiątki takich utworów, stanowiących 3/4 ich repertuaru, wreszcie znaleźli swoje miejsce w tym ściśle tematycznym koncercie. Występ swój wzbogacili szczegółowymi prezentacjami utworów, a nawet teatralnym wystrzałem z pistoletu podczas premierowego na Shanties wykonania pieśni opowiadającej o bitwie okrętów francuskiego i brytyjskiego (niestety Jerzy Rogacki nie podał tytułu). Fantastyczne, rytmiczne "Morskie buty" porwały publiczność Rotundy do wyklaskiwania rytmu prawie przez cały czas trwania piosenki, a "Anglesey" również do wspólnego śpiewania.
Mimo iż historia trzonu zespołu sięga jeszcze lat siedemdziesiątych, to jednak pod nazwą Cztery Refy nie byli na tym koncercie najstarszym wykonawcą - ku memu zaskoczeniu starszą "marką" mogły się pochwalić Ryczące Dwudziestki. Na scenie pojawili się w uroczych strojach żeglarskich - koszulki w paski i kontrastujące apaszki pod szyjami odjęły im ze 20 lat przynajmniej na pierwszy rzut oka. ;-) A recital rozpoczęli tradycyjną humorystyczną autoprezentacją, podczas której zabrakło, chwilowo zaginionego Janusza Olszówki "Jaśqa", co koledzy z zespołu skwitowali stwierdzeniem, że może to i lepiej, bo umie robić tylko "umpa-umpa". ;-) W ich recitalu usłyszeliśmy piosenki śpiewane wyłącznie a capella, m.in. w aranżacjach przygotowanych na ich najnowszą płytę - "Dalej w morze wyruszamy", "Tri Martolot", "Ballada o Julce Piegowatej", "Łowy" i wreszcie "Moje morze" zaśpiewane tak, że publiczność oniemiała z wrażenia.
 
"Przepłynąłeś już setki mil,
Codzień ten sam zmierzch, ten sam świt,
Gdzieś na niebie ptak, płyniesz znów pod wiatr,
Pytasz - jest to miejsce moje albo nie?
Noce mają w sobie tyle gwiazd,
Która twoja, czy ci daje znak?
Tylko ty tu sam, wokół tysiąc fal,
Pytasz - jest to miejsce moje albo nie?"

 
W koncercie tym nie mogło też zabraknąć odśpiewanej wspólnie przy akompaniamencie fortepianu, pięknej pieśni "North-West Passage" i wreszcie na koniec "Sail ho America". Cały recital Ryczących Dwudziestek, które jak to ujawnił Andrzej Grzela "Qńa", w tym dniu miały już 25 lat i 1 dzień, utrzymany był we wspaniałym klimacie kubrykowych ballad i opowieści.

________________
komentarz | mail

 

      Godzina 22:oo (Rotunda)
Koncert Współczesnej Piosenki Żeglarskiej - "Na morzu w sztormie, z wiatrem i pod wiatr"

      Gorączka sobotniej nocy w wydaniu folkowo-żeglarsko-rockowym jest tradycją krakowskich Shanties, sięgającą połowy lat dziewięćdziesiątych, choć nie zawsze miała miejsce w sobotę. W tym roku było to wydanie piracko-folkowo-żeglarsko-rockowe z akcentem na "piracko", ponieważ w roli gospodarzy po raz pierwszy wystąpili muzycy z zespołu Mietek Folk. Dodatkową atrakcją wieczoru był fakt, że zespół podczas tego koncertu obchodził jubileusz dwudziestolecia swojej działalności. I tak oto Piotr "Koval" Kowalewicz powitał zgromadzoną (częściowo na stojąco) publiczność, słowami powszechnie znanego głównie z prowadzenia imprez kabaretowych, konferansjera ze swych rodzimych okolic ;-) - "...witamy w przestronnej i klimatyzowanej sali Rotundy...". Nie wszystkim bowiem wiadomo, że korzenie zespołu wywodzą się ze szkolnej działalności kabaretowej zapoczątkowanej w 2 połowie lat osiemdziesiątych, co do tej pory znajduje odzwierciedlenie w sposobie prowadzenia koncertów przez Piotra, a dla widowni stanowi dodatkową rozrywkę.

 
Podczas koncertu wystąpili:
  • Morże Być,
  • Orkiestra Samanta,
  • Hambawenah,
  • Atlantyda,
  • Smugglers,
  • EKT Gdynia,
  • Mietek Folk

      Zespół Mietek Folk dokonał oficjalnego otwarcia w nienagannie skrojonych strojach z epoki rozkwitu pirackiego rzemiosła głównie na wodach i wyspach basenu Karaibskiego. Postarali się nawet o odpowiednie obuwie!
Jako pierwszy wystąpił zespół Morże Być - już nie debiutanci, ale nominowani do występu na Shanties podczas styczniowego Przeglądu Konkursowego. Zespół zyskał nowe brzmienie dzięki wzbogaceniu instrumentarium o skrzypce, a zaśpiewali znane już "Tango na wyjście z portu", dedykowaną wszystkim fankom - szantymaniaczkom skoczną "Tancerkę", spokojną "Małą Kate" i wreszcie na koniec porywającą, premierową piosenkę "Chcę tylko Ciebie" ze świetnymi partiami solowymi gitary i skrzypiec. Przed tym stosunkowo młodym (stażem) zespołem postawiono trudne zadanie rozruszania publiczności na bądź co bądź folkowym koncercie i trzeba przyznać, że doskonale sobie z tym poradzili.
Prowadzenie koncertu przez zespół Mietek Folk obfitowało w pełne charakterystycznego, czasami wręcz surrealistycznego humoru dialogi i niespodzianki, z powtarzającym się doskonałym leitmotivem w postaci piosenki "Żaglówka" autorstwa Waldka Ślefarskiego.
 
"Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego łódka!
Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego jacht!
 
Słońce zachodzi, czas ruszać na wczasy
Tysiące aut tonie w drogowych korkach
Siadają przy grillach bogate grubasy
Przybywa gawiedzi w żeglarskich portach
Wakacyjny cyrk znów się zaczyna
Pamiątki, cepelia, bursztyny, krasnale
Jak to wszystko bez bólu wytrzymać?
Mam swój własny sposób - działa doskonale!"

 
Pierwszą niespodzianką w przerwie przed występem kolejnego wykonawcy, było pojawienie się na scenie słynnych braci Mroczek (Rafał Mroczek i Kasia Cichopek po kuracji hormonalnej). ;-)
Dawkę niesamowicie energetycznej muzyki, w klimatach folkowych zahaczających nawet o brzmienia południowoamerykańskie, dzięki dźwiękom egzotycznego charango, dostarczyła nam Orkiestra Samanta. Zespół, który na Shanties debiutował 8 lat temu i już kilkakrotnie gościł na festiwalu, dziś zachwyca żywym dojrzałym brzmieniem, obyciem scenicznym i zróżnicowanym repertuarem od spokojnych piosenek jak "Stary żaglowiec" (z humorystycznym cytatem muzycznym z "No woman no cry" Boba Marley'a, przetłumaczonym przez DeGenera jako "nie ma kobiet nie ma kraju"), przez skoczny "Ocean" po frywolne, ostre i rytmiczne "Dziewczęta z La Rochelle".
Kolejni goście na scenie - państwo Antoni i Anna Gucwińscy ;-) i kolejna zwrotka "Piosenki żeglarskiej"
 
"Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego łódka!
Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego jacht!
 
Szkwalik mą łódeczkę popycha powoli
Przed dziobem znany port hmm Mikołajki
Na nabrzeżu widać, na czym kraj nasz stoi
Skutery to mafiosi, biznesmeni motorówki
Każdy z nich zew morza w żyłach czuje
Zje kiełbasę z rożna, zaśpiewa szanty
Jedno piwo sto tysięcy tu kosztuje
Wolę tanie winko, w głowie inne mam kuranty"

 
Zespół Hambawenah zaprezentował mocne brzmienie najbardziej polskich wodniackich pieśni pracy wywodzących się z tradycji flisackiej, tym razem w dużo ostrzejszych aranżacjach pasujących do charakteru tego koncertu i gustów młodszej widowni. I tu nasunęła mi się refleksja dotycząca owej widowni, organizacji i atmosfery tego koncertu. Otóż organizatorzy wpadli na pomysł podzielenia sali na dwie połowy - lewa siedząca, prawa - no właśnie - stojąca. Intencją organizatorów było umożliwienie wyskakania się tej młodszej części publiczności, a "starszyźnie" zajęcie miejsc siedzących. Niestety pomysł okazał się niewypałem. Nawet przy tak intensywnych rytmach jakich dostarczał zespół Hambawenah niewielu było tańczących czy skaczących, a większość po prostu stała. Ci, którzy dopadli miejsc siedzących nie ruszali się z nich żeby przypadkiem ktoś ich nie podsiadł, a ci, którym przyszło stać, niekoniecznie mieli ochotę na skakanie. W efekcie kilka osób podrygiwało pod sceną, a reszta przestępowała z nogi na nogę bynajmniej nie do rytmu. Jednak naturalny podział hali Wisły na siedzących i skaczących z możliwością "migracji" między jednymi i drugimi był znacznie lepszym rozwiązaniem dla koncertu folkowego w poprzednich latach niż nienaturalny podział kameralnej Rotundy. No, ale coś za coś - trudno znaleźć złoty środek, trudno wszystkich zadowolić...
W przerwie przed występem Atlantydy pojawił się niezawodny opowiadacz dowcipów - Waldek "DeGener" Iłowski.
Atlantyda objawiła się nam w mocno zmienionym składzie przez co "zespół nieco stracił na prezencji", jak zauważały fanki Miszy. ;-) W ich recitalu usłyszeliśmy szereg starych i dobrze znanych przebojów - wśród nich m.in. "Stara Latarnia", "Marco Polo" i "Billy Boy", oraz dwie premiery zainspirowane opowieściami Marka Szurawskiego podczas prowadzonego wspólnie ze Sławkiem Klupsiem programu dla Gdańskiej TV pt. "Opowieści wiatru i morza". Pierwsza z nich - "Nic ich nie pokona" (czy to może nagrodzona "Nikt nie liczy dni"?) to bardzo ładna, spokojna i wpadająca w ucho ballada bluegrassowa o tym jak ogromna siła w ludziach tkwi... Druga to "Opowieści wiatru i morza" - szczerze mówiąc nie urzekła mnie. Za to na bis ze specjalną dedykacją dla jubilatów zabrzmiała przebojowa piracka pieśń "Piraci".
W przerwie kolejni niespodziewani goście - bracia Żewłakow (Marcin i Michał). ;-)
 
"Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego łódka!
Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego jacht!
 
Nocą woda niesie blask ognisk i dźwięki
Letniej biesiady przy gitarze, co nie stroi
Bawi się młodzież aż po same ranki
Chyba, że mój brat Żewłakow przedwcześnie się zdoi
Bo trzeba przecież coś przeżyć i pamiętać
Kto jak wymiotował a kto wpadł w krzaki
śmieszne są bardzo te z wakacji wspomnienia
Biorę całą wstecz, słuchać swojej bajki"

 
Kolejnym wykonawcą był zespół zapowiedziany jako "legenda polskiej muzyki żeglarskiej, prekursorzy tego wszystkiego co się dzieje dzisiejszego wieczoru, oni pierwsi... przebrali się w krótkie spodnie... oni pierwsi postawili perkusję na tej scenie..." i kogóż innego można by tak zapowiadać jak nie zespół Smugglers. W ich recitalu usłyszeliśmy szereg nowocześnie zaaranżowanych utworów, a wśród nich pięknie zaśpiewane przez Beatę Bartelik Jakubowską "Powroty II", poznane już wcześniej "Liverpool Judies" i znaną już z poprzednich Shanties, ufolkowioną aranżację "North-West Passage". Pojawiła się też zapowiedziana jako "Szkalneczka whisky - popularna ballada żeglarska o charakterze tanecznym" czyli "Pod Jodłą".
Kolejna przerwa z DeGenerem i tym razem wierszyk Jana Stefańskiego:
 
Kobiety nigdy nie były tanie.
Wykosztowali się na swe panie Petrarka i Horacy.
Nawet się Juliusz szarpał niemało,
Więc może mnie też by wypadało?
Lecz co? Suknie z koronek,
Jakiś zegar albo pierścionek ze złota szczerozłotego?
Lecz rozum mówi - Co się wychylasz!
Złoto daje byle badylarz!
Lepiej wymyślmy coś cenniejszego,
Coś, co zdobędzie serce kobity
I Himalajów przewyższy szczyty,
Coś, co mężczyzna tylko dać może,
Coś, co o wielkiej świadczy pokorze,
Precz perły, złoto, kwiatów naręcze,
Ja Cię najmilsza dzisiaj wyręczę
I WYSZORUJĘ RONDELEK!!!
:-)
 
Nie przypadkiem Waldek "DeGener" Iłowski podjął się zapowiadać kolejny zespół, bowiem grał w nim przez wiele lat zanim przeszedł do Mietek Folk. "Do naszego zespołu przeszedł tylko dlatego, że go z tamtego zespołu wyrzucono. My na tym muzycznie nie zyskaliśmy wiele, ale w kuluarach znacznie..." Tak skomentował to "Koval", a DeGener zapowiadał dalej - "legenda polskiej sceny szantowo-turystycznej, rezydenci akademików w całej Polsce..." EKT Gdynia. Zanim jednak EKT rozpoczęło swój recital odbyła się nieoficjalna ceremonia wręczenia prezentów, tryskająca humorem i wzajemnymi "złośliwościami" (tu uparcie wyłania mi się wspomnienie "faceta z martwym ptakiem", ocenzurowanych kolorowych pisemek o wiadomej treści i DeGenera nie sięgającego do żadnego mikrofonu) ;-) co wbrew pozorom miało świadczyć o ogromnej sympatii jaka łączy oba te zespoły. W końcu jednak EKT zagrało i były to m.in. "Ballada o żeglarzu", "Ja stawiam", "Piosenka dla mojej dziewczyny", "Kubański szlak". Jak stwierdził Jan Wydra, EKT też ma swój jubileusz, ponieważ jako znani z konsekwencji repertuarowej, ostatnią premierę zaprezentowali 20 lat temu. :-) A była to przedmowa do premierowej piosenki "Skarb kapitana Kidda", poświęconej ich ulubionemu mechanikowi na ich ulubionym żaglowcu, którym dowodził pewien kapitan...
 
"I czy wiało czy nie wiało, na silniku jechaliśmy drogę całą
Nasz kapitan wierzył w ludzi i powiadał bez potrzeby mnie nie budzić"

 
Na bis zabrzmiała "Początkującego żeglarza pieśń radosna", której bohatera żywym obrazem był na tym koncercie Irek "Messalina" Wójcicki.
No i wreszcie jubilaci dotrwali (na własnych nogach!) do swojego recitalu i o dziwo publiczność również dotrwała do ich występu, bowiem dzień wcześniej o tej porze była już tylko połowa widowni. Pojawiły się podziękowania za 20 lat grania i śpiewania oraz dla publiczności, dzięki której powstało 5 płyt zespołu, dzięki której zespół istnieje, śpiewa, dzięki której stracili zdrowie, w wielu przypadkach dzięki której ich życie rodzinne legło w gruzach... no tak. :-) Pojawiły się też piosenki - oczywiście autorskie, pierwsze i największe przeboje - "Złoto dla zuchwałych", "Morskie pogody", "Chłopcy z Botany Bay". Zabrzmiał też w całości leitmotiv tego koncertu - "Piosenka żeglarska", wyrażająca mniej więcej to samo co nagrodzone "Moje Mazury" Grzegorza "GooRoo" Tyszkiewicza, ale w jakże innym stylu - stylu, jaki niektórzy mogą znać z występów formacji Bracia Soprano i Kuśka Brothers, stylu prześmiewczym, a jednocześnie urozmaicającym dobrze znane brzmienie Mietek Folk.
 
"Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego łódka!
Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego jacht!
 
Długo tak można sunąć po jeziorze
Szlakiem wielu przygód i paranoi
Mówią, że co roku jest coraz gorzej
Żeby nie zwariować śpiewajcie mili moi!
 
Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego łódka!
Rym, cym, cym! Ja i mo-oja żaglówka!
Rym, cym, cym! On i jego jacht!"

 
I wreszcie na bis usłyszeliśmy "Powrót do domu" - utwór kończący prawie wszystkie recitale zespołu Mietek Folk, ozdobiony solówkami gitarowymi i zapadający głęboko w pamięć na długą drogę gdy "daleko tak do domu". I właściwie to by był koniec jubileuszowego koncertu zespołu gdyby w ostatniej chwili ze sceny nie zabrzmiały słowa pirackiej przyśpiewki Braci Soprano - dosadne, ale jakże prawdziwe: "Mało kto wie jak pirackim życiem żyje się, wypadają zęby, chce się baby, kupy zrobić nie ma gdzie". :-)

________________
komentarz | mail

 

      Noc z soboty na niedzielę (Tawerna Stary Port)
Nocne szantowanie 

      Trzecia noc szantowa w tawernie


24.02.2008 r. - Niedziela

      Godzina 13:oo (Rotunda)
Koncert Jubileusz - "XXV-lecie Ryczących Dwudziestek"

      "Dalej w morze wyruszamy, nie szczędź sił, dzisiaj jest ICH dzień..." - tak krakowska publiczność witała wchodzących na scenę Szanownych Benefisantów, słowami ich własnej pieśni. Uroczysty koncert-benefis z okazji 25 lecia zespołu Ryczące Dwudziestki rozpoczął się prezentacją zespołu przeprowadzoną przez ich przyjaciół. Prezentacji poszczególnych Ryczących Dwudziestek dokonał Andrzej Brońka - wieloletni juror i przewodniczący jury festiwalu Shanties, założyciel stowarzyszenia im. Stana Hugill'a, znany miłośnik, propagator i wykonawca pieśni gospel. Następnie głos zabrali kapitan Andrzej Mendygrał - również wieloletni juror i przewodniczący jury festiwalu Shanties, przyjaciel zespołu, autor wielu tekstów i tłumaczeń znanych pieśni wykonywanych przez Ryczące Dwudziestki (m.in. chyba największego szantowego hitu - "Hiszpańskie Dziewczyny"), oraz Zbigniew Kosiorowski - kolejny wieloletni juror festiwalu Shanties, pisarz, dziennikarz, a przede wszystkim żeglarz, twórca Szczecińskiej Szkoły Pod Żaglami, były prezes Polskiego Radia Szczecin, członek władz prezydium PZŻ.
      Po tej oficjalnej, choć trochę z przymrużeniem oka przeprowadzonej prezentacji, na scenie zaczęli pojawiać się goście Szanownych Benefisantów - zaproszeni do udziału w koncercie wykonawcy, a także zespół złożony z ich własnych dzieci (przynajmniej tych "zarejestrowanych" - jak to żartobliwie określił przy prezentacji młodzieży Irek "Messalina" Wójcicki) oraz autor niektórych tekstów RO'20 - Artur Szczesny wraz z synem grającym na saksofonie.

 
Podczas koncertu wystąpili:
  • Cztery Refy,
  • Zejman & Garkumpel,
  • Mietek Folk,
  • Stare Dzwony,
  • EKT Gdynia,
  • zespół złożony z dzieci członków zespołu Ryczące Dwudziestki,
  • Ryczące Dwudziestki

      Pierwszym wykonawcą w roli gościa benefisu był zespół Cztery Refy, który w nawiązaniu do twórczości Dostojnych Jubilatów zaprezentował własne piosenki i interpretacje piosenek śpiewanych również przez Ryczące Dwudziestki. Tu nasuwa mi się pewna refleksja - otóż od zawsze w twórczości Refów fascynowało mnie szukanie alternatywnego podejścia do szlagierów, przy jednoczesnym zachowaniu możliwie największej wierności względem oryginału. A być może czasem nie było to szukanie alternatyw tylko prekursorstwo, którego naśladownictwo dopiero wykreowało owe szlagiery? W każdym razie w repertuarze Refów znaleźć można szereg utworów doskonale znanych z innych wykonań - często bardziej wygładzonych, uwspółcześnionych czy wręcz skomercjalizowanych, a u nich spotykanych albo w dość szorstkiej formie odzwierciedlającej oryginały, albo w wierniejszym tłumaczeniu. Ten recital właśnie miał za zadanie pokazać te drobne niuanse dzięki którym ta sama pieśń jest odbierana w tak różny sposób. Najlepiej można było to odczuć na przykładzie "The Cruel Ship's Captain" (RO'20) i "The Curel Ship's Carpenter" (4 Refy). Jerzy Ozaist właściwie prawie nic nie zrobił temu utworowi - jedynie go przetłumaczył i zaśpiewał solo - tak jak kiedyś A.L. Lloyd na płycie "Lewiatan" (z 1967 r. !). I nagle się okazało, że to co może brzmieć jak smutna ballada snująca się łagodnie i miękko, w oryginale jest szokującym, bezpośrednim, a nawet chełpliwym wyznaniem zwyrodniałego kapitana/cieśli okrętowego (zależnie od wersji tytułu), dotyczącym bestialskiego mordu jakiego dopuścił się on na dziecku. I w jednym i w drugim przypadku to ta sama pieśń "Okrutny kapitan/cieśla", ale jakże inna jest jej wymowa.
 
"Pamiętam, to był ubogi młodzieniec, nieśmiało prosił - Chciałbym płynąć w rejs.
To go zabrałem z podłego przytułku, myślałem - przyda się gdzie Grenlandii brzeg.
Pewnego razu ten smarkacz mnie wkurzył, a że na mrozie nie chciało mi się ?drzeć?.
Kazałem go tylko podciągnąć na reje, ażeby dyndał tam przez cały dzień
Kiedy tak wisiał - wywalał gały na mnie, a jego nogi kiwały się tu i tam
Złapałem więc jakiś pręt i go zatłukłem bo nie mogłem znieść taki robił wrzask"

 
Mogliśmy też porównać pieśń "Wielorybnicy Grenlandzcy" i "Grenalndzką opowieść" czy wreszcie "Hiszpańskie dziewczyny" i "Dziewczyny z Talcahuano".
Na koniec Jerzy Ozaist przypomniał, że Cztery Refy są starsze stażem jako zespół ludzi śpiewających szanty, mimo iż nazwa pojawiła się później niż Ryczące Dwudziestki.
Zespół Zejman & Garkumpel przypomniał swój najstarszy przebój - "Samanta" i najnowszy, nagrodzony w ub. roku "Hej obudzę fale". Na koniec pojawiała się - a jakże - premiera. :-)
 
"Opłyńmy razem ocean marzeń aż się ukaże dobry ląd
Hej rumu nalej niech niosą fale byle najdalej odpłynąć stąd
"
 
Mietek Folk, kilka godzin po hucznie obchodzonym własnym jubileuszu, w nienajlepszej kondycji i niekompletnym składzie, ale za to ze szczerym poświęceniem dla Dostojnych Benefisantów, rozpoczął swój recital piosenką "Tysiące mil". Pojawił się też "Jolly Roger" i "Czarnobrody Kapitan" z nowymi wstawkami gitarowymi w wykonaniu Marcina "Pachoła" Pacholskiego, ale największą furorę zrobiła anegdota opowiedziana przez Piotra "Kovala" Kowalewicza o tym jak wyglądało poznanie się zespołów. Było to na początku lat dziewięćdziesiątych, panowie już trochę wiedzieli o swojej twórczości i przyszła pora na lepsze poznanie się. Umówili się więc na téte-á-téte, po którym "Qńa" zaprosił chłopaków do siebie do domu na nocleg - po koncercie - wtedy jeszcze nie wiedział co czyni... :-) "Nerwy mu puściły wtedy kiedy Marcin z Maćkiem postanowili wyrzucić kotwicę z balkonu bo odpływał blok!". "Qńa" ze sceny wszystko potwierdził i dodał, że na szczęście lina była tak długa, że kotwica wyrzucona z trzeciego piętra wieżowca w Bytomiu, wylądowała na trawniku, a nie w czyimś oknie... To nie był koniec histori owej pamiętnej nocy, ale obawiam się, że reszta nie nadawałaby się do publikacji. ;-)
Stare Dzwony przypomniały w swoim recitalu jeszcze kilka starych pieśni - "Stary Bar przy Woolwich Road", "Poor old man", "24 lutego" oraz ze specjalną dedykacją dla Ryczących Dwudziestek - tych "kochanych chłopczyków, którzy wtedy mieli takie chude nóżki i duże kolanka takie - pieśń pod tytułem »Żebyś ty wiedziała...«" czyli "Gdzie ta keja" Jurka Porębskiego, ale w jakże niecodziennym wspólnym wykonaniu z RO'20.
Po występie Starych Dzwonów nagrodzonym burzliwymi brawami "Qńa" poinformował, że Ryczące Dwudziestki posiadają własny fanklub, który jeździ po całej Polsce za nimi. Jeżdżą za nimi i stworzyły nawet formację, która na tej scenie chce zaśpiewać - a jest to zespół "Ryczące Stare Dzwonnice" (tak nazwała zespół sama jego współtwórczyni - Monika Szwaja). ;-) Tym razem w klimatach hawajskich rozbawiły publiczność i Benefisantów humorystyczną parafrazą ich własnej piosenki "Aloha" - autorstwa Andrzeja Mendygrała, który jest również autorem pierwowzoru.
Zespół EKT Gdynia rozpoczął swój występ od premierowej piosenki "Skarb kapitana Kidda", którą poznaliśmy już na koncercie nocnym, a po niej nastąpiła część półoficjalna z prezentami, anegdotami i żartami. Padły też ze sceny piękne proste słowa podziękowań Irka "Messaliny" Wójcickiego dla przyjaciół z zespołu Ryczące Dwudziestki i dla wszystkich, którzy mu pomogli, po których nastąpiło wspólne odśpiewanie pięknej pieśni-hymnu "Ludzie nie sprzedawajcie swych marzeń". Następnie "Messalina" dokonał prezentacji zespołu złożonego z 9 zarejestrowanych potomków Ryczących Dwudziestek, z czego 6 przypada na dwóch. ;-) Najstarsze w tym roku skończy 18 lat, najmłodsze 2 latka. Zespół "Ryczące Małolaty" przygotował dla swoich tatusiów prezent w postaci wspólnie zaśpiewanego przeboju "Hiszpańskie dziewczyny".
Ostatnia część benefisu należała już do samych Benefisantów, którzy dali wspaniały recital, na początku którego nastąpiła prezentacja autora słów do wielu pięknych piosenek wykonywanych przez Ryczące Dwudziestki - np. "Timeraire" - Artura Szczesnego. Artur Szczesny wykonał wspólnie z zespołem nigdy jeszcze nie śpiewaną przepiękną balladę "Ruszam do krainy marzeń..." (niestety jeszcze nie znam tytułu), przy akompaniamencie gitary (zgodnie z życzeniem autora nie podłączonej do wzmacniacza) z udziałem saksofonu, na którym zagrał syn autora. W recitalu Ryczących Dwudziestek usłyszeliśmy m.in. pieśni wielorybnicze, piosenki autorskie, premierowe "Moje morze" zadedykowane rodzicom Jubilatów, pieśni gospel i wreszcie na bis, nieodmiennie "North-West Passage" przy akompaniamencie Jasia Olszówki na fortepianie.
Cały koncert przebiegał w fantastycznej, czasem nawet dosłownie - rodzinnej atmosferze, obfitował w wiele anegdot i żartobliwych dialogów na scenie i z pewnością na długo zapadnie w pamięci tak gospodarzom jak i gościom tego benefisu.

________________
komentarz | mail

 

      Godzina 17:3o (Rotunda)
Koncert Finałowy "Daleka droga, daleki ląd..."

      Wydawałoby się, że koncert finałowy to przede wszystkim podsumowanie festiwalu - rozdanie nagród, występy laureatów, ostatnia możliwość zaprezentowania się przed widzami. To również jeden z najtrudniejszych koncertów zarówno dla wykonawców jak i większości publiczności - zmęczonych czterodniowym maratonem bezsenności, koncertowym i tawernianym śpiewaniem, no i trochę "spożywaniem". Są też wśród widowni i tacy, którzy wybierają z całego festiwalu ten jeden koncert jako najbardziej reprezentatywny dla całego festiwalu, ale czy tak właśnie jest? Czy można 8 koncertów - każdy inny, każdy specyficzny, każdy z własną niepowtarzalną atmosferą - sprowadzić do jednego koncertu finałowego, w którym będzie wszystko? Na pewno nie i na pewno nie można przez pryzmat tego koncertu patrzeć na cały festiwal, a niestety z takimi głosami już kilkakrotnie się zetknąłem. Tym razem koncert odbywał się pod hasłem "Daleka droga, daleki ląd", co bezpośrednio miało nawiązywać do tematu całego festiwalu Shanties 2008, jakim był "Długi rejs". Jednak na scenie niewielu wykonawców pamiętało o tym temacie i nawiązywało do niego. Na szczęście doskonale pamiętał o nim reżyser i prowadzący ten koncert Marek Szurawski, który wprowadzał widzów w atmosferę refleksji nad tym czym jest długotrwała żegluga po morzu, kiedy świadomość dalekiego lądu i długiego rejsu niesie czasem z sobą gorycz, smutek i tęsknotę, ale niesie też chwile takiej radości, jakiej doświadczenie jest niemożliwe na lądzie. Mogąc po raz kolejny obcować z Markiem - nestorem polskiej szanty i kultury marynistycznej, mogliśmy niemalże poczuć w jego opowieściach jak smakuje słony wiatr czy gorzka fala.

 
Podczas koncertu finałowego wystąpili:
  • Piotr Zadrożny z zespołem,
  • Banana Boat,
  • Atlantyda,
  • Four'n'Aft,
  • Pod Wiatr,
  • Sąsiedzi,
  • Stare Dzwony,
  • Orkiestra Samanta,
  • Gallionsfigurene (Norwegia),
  • Mechanicy Szanty,
  • ALL HANDS

      Koncert rozpoczął występ zespołu Piotra Zadrożnego. Piotr, znany w ostatnich latach głównie z występów solowych i wyciskania z gitary nieprawdopodobnych wręcz dźwięków, ich połączeń i brzmień, tym razem pojawił się na scenie w towarzystwie kontrabasu i wirtuozowskiej harmonijki oraz fletów Mariusza "Gretinga" Tracza, znanego z takich formacji szantowych jak Dzikie Walenie, Badziewie Blues Band czy Trzeci Pokład. Recital Piotra rozpoczęła piosenka "Chrlie, Charlie". Usłyszeliśmy też premierowe "Światła" - piękną autorską balladę z delikatnym, miękkim fletem grającym swoją melodię w tle.
 
"Morze jest zawsze pełne świateł, małych ogników ludzkich serc
I tak przemierza świat za światem, znak, że tam życie jeszcze jest"

 
Na koniec nie mogło zabraknąć największego przeboju Piotra - "Gdy zabraknie mi żagli".
W przerwie wystąpił Dyrektor Biura ds. Morskich U.M. Szczecin podsumowując w kilku zdaniach finał regat The Tall Ship Races w Szczecinie, dziękując za współpracę Krzysztofowi Bobrowiczowi i Mirze Urbaniak oraz wręczając nagrodę dla Sylwii Dziobek - "krakowskiej żeglarki, która serce oddała nie tylko morzu ale i festiwalowi Shanties".
Gromkimi brawami publiczność Rotundy powitała na scenie zespół Banana Boat, który jak zwykle bawił ją pieśniami a cappella oraz pełnymi humoru zapowiedziami. Zespół Atlantyda zaśpiewał kilka swoich znanych przebojów i dwie nowe piosenki. Goście zagraniczni Four'n'Aft i Gallionsfigurene jeszcze raz zabrali nas w świat szanty klasycznej i tradycyjnych wykonań współczesnych pieśni morskich. Nagrodzeni wykonawcy ponownie zaśpiewali swoje najlepsze utwory. Stare Dzwony (a właściwie połowa Starych Dzwonów w osobach Marka Szurawskiego i Rysia Muzaja) swoim "Kongo River" zupełnie niechcący podzieliły społeczeństwo na "cud dziewczyny" i "sukinsyny". ;-) Usłyszałem też jedną z moich ulubionych ballad "Pieśń o powrocie do domu".
Orkiestra Samanta dostarczyła kolejnej dawki mocno zenergetyzowanych wrażeń, a Mechanicy Szanty, częściowo będąc w niezbyt dobrej kondycji, pokazali jak "kochają banjo" ;-) i jak jeszcze można śpiewać szanty, a dokładnie "szanty... biesiadne". :-)
Na koniec tradycyjnie nastąpiło ogólne "All Hands" i wspólne odśpiewanie "Pożegnania Liverpool'u".

________________
komentarz | mail

 

      Noc z niedzieli na poniedziałek (Tawerna Stary Port)
Nocne szantowanie 

      Czwarta noc szantowa w tawernie


25.02.2008 r. - Poniedziałek

      Godzina 20:oo (Tawerna "Stary Port")
Koncert "Pożegnanie gości zagranicznych" - zespół Gallionsfigurene (Norwegia)

      Jest godzina 22:00, a ja już jestem w domu i piszę tę relację i trochę mi smutno, że jestem tutaj, a nie na koncercie, który powinien jeszcze trwać i trwać do późnych godzin nocnych, jak to zwykle bywało podczas pożegnań gości zagranicznych w tawernie Stary Port. Przesympatyczne Norweżki z zespołu Gallionsfigurene bardzo się starały - warto było to zobaczyć jak 19 kobiet mieści się na maksimum 6 metrach kwadratowych tawernianej scenki i jeszcze są w stanie zamieniać się miejscami przy kolejnych utworach. Prowadząca koncert Heidi poinformowała, że liderka zespołu i zarazem córka jego założycielki, którą mieliśmy przyjemność zobaczyć i usłyszeć na piątkowym koncercie szanty klasycznej, musiała niestety opuścić Kraków i wrócić nagle do domu. Miało to o tyle znaczenie, że Heidi, która w zastępstwie śpiewała większość partii solowych, straciła prawie całkiem głos po 4-dniowym maratonie, a wiem, że dziewczyny się nie oszczędzały, szczególnie w tawernie. ;-) W trakcie koncertu okazało się jednak, że śpiewanie idzie Heidi znacznie lepiej niż mówienie i w końcu sama doszła do wniosku, że chyba lepiej by było gdyby wyśpiewywała swoje zapowiedzi zamiast mówić. W roli szantymenek (mam tu na myśli głosy prowadzące partie solowe) na scenie pojawiło się znacznie więcej pań niż mogliśmy poznać na koncertach w Rotundzie, dzięki czemu mogliśmy usłyszeć indywidualnie różne brzmienia głosów, które dotychczas tworzyły wyłącznie chór. Znacznie szerszy był też repertuar prezentowany przez Gallionsfigurene - od tradycyjnych, klasycznych angielskich pieśni pracy, poprzez pieśni wielorybnicze i współczesne pieśni angielskie stylizowane na szanty, po tradycyjne utwory norweskie i inne skandynawskie pieśni oraz tłumaczenia znanych szant na język norweski. Zwłaszcza te ostatnie brzmiały wyjątkowo interesująco - ot np. taka "Santiana" - zapadł mi w pamięć tylko fragment refrenu, ale brzmiał on mniej więcej tak jakby "hyv ahoj! santiana" (zapis fonetyczny, choć teraz widzę, że nie da się tego zapisać). ;-) Osobiście odnotowałem z wielką przyjemnością zapowiedź znanej szwedzkiej pieśni, której znajomości Norweżki się nie spodziewały wśród tej nielicznie przybyłej publiczności. Chodzi tu o "Hvem kan segla", znaną w Polsce co najmniej od 1991 roku, kiedy to zaprezentował ją tutejszej publiczności Inge Vijk ze Szwecji. Historia tego utworu ma swój ciąg dalszy związany z krakowskimi Shanties, bowiem w roku 1991 na festiwalu spotkały się wielkie sławy wśród szantymenów - Stan Hugill, Bob Wlaser i Inge Vijk. Bob Wlaser, który był wówczas kustoszem największego muzeum morskiego na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych - Mystic Seaport Museum, usłyszał piosenkę śpiewaną przez Inge i tak go ona urzekła, że postanowił ją przetłumaczyć na język angielski, a następnie nagrał jej wykonanie w obu językach na swojej autorskiej kasecie "Landlocked". Takie to wspomnienia naszły mnie przy okazji występu Gallionsfigurene, czym postanowiłem się podzielić z Heidi, którą bardzo ta historyjka zainteresowała. :-)
Wracając do koncertu - słowa zdecydowanej krytyki należą się organizatorom festiwalu za to, że koncert nie był odpowiednio eksponowany i rozreklamowany. Samemu, będąc tym żywo zainteresowanym, musiałem bardzo dokładnie wczytywać się w program festiwalu, aby znaleźć informację o koncercie pt. "pożegnanie gości zagranicznych". Nie ma się więc co dziwić, że osoby nawet średnio zainteresowane, po prostu nie dotarły do tej informacji. Żal było patrzeć jak w części koncertowej Starego Portu, która powinna pękać w szwach jak to bywało w poprzednich latach, garstka kilku osób stara się podtrzymać atmosferę koncertu i aktywnie w nim uczestniczyć. Żal było zespołu, który przejechał taki szmat drogi aby uciszać ze sceny rozgadaną grupkę studentów, którzy przypadkowo trafili do tawerny w poniedziałkowy wieczór. Żal było słuchać ich komentarzy w stylu "- Ty, co to w ogóle jest? - A, jakieś Norweżki...". Żal, że koncert zakończył się o 21:30... :-(

________________
komentarz | mail


      Podsumowanie | ogólne | debiuty | goście zagraniczni |

       Z pewnym niepokojem zauważam, że z roku na rok coraz trudniej pisze mi się podsumowania. ;-) Nie chodzi o to, że brak mi weny albo, że nie ma o czym pisać. Ale trudno w tych podsumowaniach być oryginalnym, gdy się ich napisało już kilkanaście, a prawie za każdym razem wrażenia końcowe są podobne. Kiedy już ustąpi zmęczenie, kiedy przebrzmią echa ostatnich dźwięków usłyszanych utworów, kiedy odespało się już choć częściowo ten 4-dniowy maraton bezsenności, wtedy przychodzi czas na refleksję, można nabrać dystansu do tego co już za nami. A w tym roku za nami kolejny udany festiwal, tym razem spod znaku przemyśleń na temat tego czym są szanty, czym powinny być, a czym nie są i nie powinny być. W środowisku żeglarskim, środowisku znawców i ludzi uważających się za znawców gatunku, ta dyskusja toczy się niemalże od zarania szantowego śpiewania, a przy okazji Shanties 2008 wypłynęła na powierzchnię za sprawą kilku artykułów, które pojawiły się niby przypadkiem na krótko przed rozpoczęciem tegorocznego sezonu festiwalowego, w mediach zajmujących się tematyką szantową w Polsce. Nie chcę zabierać głosu w tej dyskusji, a na pewno nie tutaj, ale z wielkim zainteresowaniem obserwuję od lat te słowne potyczki w tym temacie, a nieraz samego mnie ponosiły emocje i dawałem się sprowokować do wyrażenia swojego zdania. Niezależnie od tych dyskusji "konserwatystów" z "modernistami", festiwal rządzi się swoimi prawami z niebagatelnym udziałem publiczności. I tak jak disco-polo do ambitnych gatunków nie należy, a przyciąga rzesze fanów, tak "szanto-polo" dopóki będzie przyciągać publiczność, dopóty będzie elementem "folkloru" szantowego i festiwali Shanties. Osobiście z zadowoleniem przyjmuję powstawanie nowych terminów na określanie różnych podgatunków, dla utworów muzycznych wywodzących się z mniej lub bardziej tradycyjnego żeglarskiego śpiewania - wspomniane już "szanto-polo", "rock marynistyczny" czy "szanta biesiadna". Jeśli trzeba, to nazywajmy te podgatunki inaczej, ale pozwólmy im istnieć i rozwijać się dla dobra ogółu, dopóki ten ogół chce ich słuchać. I takie były Shanties 2008 - różnorodne, chwilami kontrowersyjne, skłaniające do refleksji i dyskusji nad rozwojem szeroko pojmowanej muzyki o tematyce żeglarskiej, morskiej, wodnej. W tym kontekście muszę się całkowicie zgodzić z komentarzem jurorów do tegorocznego werdyktu, że "...szanta klasyczna jest obiektem zainteresowania coraz mniejszej liczby zespołów, wywodzących się jednakże z tego nurtu...", mimo iż nie wiem co szacowne jury rozumie pod pojęciem "szanty kalsycznej". ;-) Nie bez powodu pozwoliłem sobie na tę uwagę w kontekście przyznania przez jury nagrody im. Stana Hugilla za wierność szancie klasycznej zespołowi Cztery Refy, który akurat na tym festiwalu ani jednej szaty klasycznej nie wykonał, o czym nieomieszkał wspomnieć Jerzy Rogacki odbierając nagrodę. :-) Na szczęscie aktualna formuła festiwalu festiwali, jak bywają nazywane krakowskie Shanties, jest na tyle szeroka by znalazło się w niej miejsce zarówno dla twórczości ambitnej jak i tej popularnej, a dzięki temu również publiczność może wybierać wedle własnych preferencji.
      O akustykach już pisałem w ciągu wielu lat relacjonowania festiwalu i chyba rzadziej pochlebnie niż krytycznie. W tym roku było różnie - najlepiej napisać, że nierówno. Jedne koncerty wypadały lepiej inne słabiej, bywały też wydarzenia wybitne i wpadki karygodne. Do tych pierwszych można zaliczyć nagłośnienie Sąsiadów przy wykonaniu "Johnny, I hardly knew 'Ya" - tu akustyk bardzo pomógł Dominice i jej kolegom i można go uznać za współtwórcę sukcesu Sąsiadów. Do tych drugich należą głównie sprzężenia, braki odsłuchów, braki lub przesterowania niektórych instrumentów w "przodach" i największa wpadka z gitarą Waldka Mieczkowskiego. Oświetleniowcy za to w tym roku osiągnęli dno. Nie wiem kto stoi za pomysłem ustawienia czterech ruchomych projektorów tak, żeby biły po oczach widowni i znajduje sadystyczną przyjemność w katowaniu tym widzów bez względu na klimat koncertu, jego porę i akurat wykonywany utwór, ale osoba, która to wymyśliła musi nie mieć za grosz wyobraźni. Brakiem wyobraźni wykazali się też jeśli chodzi o kolorystykę, bowiem światłem białym, żółtym i niebieskim trudno różnicować nastrój - innych kolorów nie było nawet w projektorach oślepiających widownię. Oświetlenia z przodu praktycznie prawie wcale nie było, co osobie robiącej głównie zdjęcia bez lampy błyskowej rozłożyło całkowicie pracę. Tak spapranych zdjęć jak w tym roku jeszcze nie miałem. :-( No i brak tzw. "szperacza" czyli ruchomego punktowego światła np. z balkonu, które by pozwoliło wyłowić to co istotne na scenie w danej chwili lub maskować to co powinno zostać w cieniu - osoby, instrumenty, przedmioty, elementy dekoracji. Z czystym sumieniem mogę uznać Shanties 2008 za najgorzej oświetlony festiwal w trzynastoletniej historii moich sprawozdań.
      Skoro piszę o stronie technicznej to nie mogę nie wspomnieć przy tej okazji o scenografii, którą od kilku już lat projektuje z ogromnym wyczuciem klimatu pieśni morskich - Wojciech Miętka. W tym roku Wojtek urządził scenę w autentycznym marynarskim kubryku, a przewijających się przez scenę wykonawców obserwowaliśmy przez dziurę w burcie. Patrząc na to wszystko miało się wrażenie, że gdzieś tam nad nimi jest deck, a na nim inna wachta właśnie zmaga się z żywiołami morza, a pod nimi jest jeszcze kilka pokładów aż po zęzy. Walory tej scenografii wykorzystał w pełni Jerzy Ozaist podczas koncertu pieśni kubryku, a doceniali w ciepłych słowach zarówno wykonawcy jak i prowadzący koncerty, m.in. Marek Szurawski.
      I tym sposobem od spraw technicznych przeszliśmy miękko do artystycznych, o których warto teraz kilka słów napisać. Ogólnie na festiwalu mieliśmy przyjemność obserwować bardzo wysoki poziom wykonawczy, dlatego nie dziwię się, że jury mogło mieć kłopot z wyborem zespołu czy utworu do nagrody przy ograniczonej liczbie nagród, a jednocześnie tak wielu wydarzeniach artystycznych zasługujących na nagrodę. W tym kontekście Grand Prix dla zespołu Sąsiedzi za wykonanie irlandzkiej pieśni "Johnny, I hardly knew 'Ya" jest szczególnie ważnym dowodem uznania. A dla mnie osobiście to wielka radość ponieważ już 4 lata temu, a później 2 lata temu, pisałem o niezwykłych zdolnościach interpretatorskich Dominiki Płonki przy okazji wykonywania innej tradycyjnej pieśni "Tourdion". Ale o ile w tamtym utworze dało się zauważyć właściwie chyba tylko Dominikę, jej głos i ekspresję, o tyle w utworze "Johnny, I hardly knew 'Ya", poza wszystkimi znanymi już walorami wokalistki, wspaniale znalazł się cały zespół zarówno instrumentalnie jak i wokalnie. Znakomicie zaaranżowany utwór zapierał dech w piersiach widzów, którzy w milczeniu poddawali się wrażeniom jakie spływały na nich ze sceny. Wszystko w tej aranżacji zostało dokładnie przemyślane, każda nutka, każdy instrument, każde słowo, nawet zachowanie na scenie i widownia to czuła, nagradzając zespół owacyjnymi brawami.
Z zadowoleniem odnotowuję całkiem pokaźną liczbę utworów premierowych zaprezentowanych na tegorocznych Shanties oraz premierowych wydawnictw płytowych, które zdążyły się ukazać na festiwalu. Prawie każdy wykonawca zaprezentował na Shanties jakąś nowość - utwór autorski, interpretację, tłumaczenie - niektóre były tak świeże, że wykonawcy musieli się podpierać kartkami aby poprawnie je zaprezentować. To zresztą też oznaka zmian w wykonawstwie piosenki żeglarskiej. Kiedyś na pozascenicznych występach podpierano się śpiewnikami, ale na scenie nikt nie odważyłby się śpiewać z kartki. Pamiętam jakim wstydem była kiedyś nieznajomość tekstu własnych utworów - wykonawcy dyskretnie zerkali na mikroskopijne karteczki-przypominajki przyklejone na pudle gitary albo np. na trzymanym w ręce kubku, ;-) ale tylko wtedy gdy przypadkiem zapomnieli jakiegoś wersu. Teraz ostentacyjnie ustawia się pulpit, na nim segregator z całym repertuarem - a nuż się przyda szlagier z przed 10 lat. Różnorakie pulpity są instalowane przez wykonawców na podłodze albo na stojakach mikrofonów i o ile te pierwsze przeważnie są na tyle nisko aby nie rzucać się w oczy (no chyba, że na kolejny utwór członkowie zespołu przekazują go sobie nawzajem), o tyle te drugie stanowią doskonały element maskujący dla całego zespołu - za takim wielkim pulpitem z wielkim segregatorem na nim ustawionym można się dokładnie schować i właściwie można by już puścić muzyczkę z playbacku, bo i tak połowa widowni nie widzi co robi zespół. Ile jeszcze - rok? 5 lat? i tak będzie wyglądał festiwal? Jeśli z tego miejsca mogę zaapelować do wykonawców, to apeluję pełnym głosem - odpowiedzcie sobie na pytanie po co jesteście na scenie? Dla siebie czy dla widowni? Jeśli tylko dla siebie, to nie przyjeżdżajcie więcej na Shanties, a jeśli dla widowni, to okażcie jej więcej szacunku i przestańcie się chować za wielkimi czarnymi pulpitami!

        Na temat debiutantów tegorocznego festiwalu pisałem już nieco przy okazji relacji z przeglądów konkursowych, ale występ na Shanties to zupełnie co innego - "festiwal festiwali", pełna widownia, jury, flesze, telewizja...
Zespół Morże Być już miał to za sobą bowiem nominację na Shanties w drodze konkursu otrzymał już po raz drugi i była to nominacja w pełni zasłużona. W tym roku wsparci "folkowo" przez doskonale grającą na skrzypcach i tryskającą energią Katarzynę Wasilewską-Strzałkowską, znaną już krakowskiej widowni z zespołów Samhain i Kochankowie Sally Brown, zaprezentowali autorski repertuar utrzymany w tanecznym klimacie, dzięki czemu rozgrzali młodą krakowską publiczność na początku sobotniego koncertu nocnego.
 
"Ze świtem wstaje moja Mała Kate
Żagle wyrzuca na wiatr
Kolejny znowu dzień zaczyna się
Do pracy chłopcy do szmat"

 
Zespołem Betty Blue zachwyciłem się już na ubiegłorocznym przeglądzie, kiedy to z wielkim rozczarowaniem odnotowałem brak nominacji na Shanties dla tej sympatycznej błękitnej trójki z Wrocławia. W tym roku się udało i na koncercie balladowo-wspomnieniowym mogliśmy usłyszeć Betty Blue z jej przepięknym autorskim repertuarem. Twórczość Betty Blue trudno porównać do twórczości innych zespołów na Shanties, najbliżej im chyba do Flash Creep, zwłaszcza do utworów śpiewanych przez Izę, ale to też coś innego. Dlatego słuchając Betty Blue po raz pierwszy na ubiegłorocznym przeglądzie konkursowym czułem się jakbym odkrywał pomału coś zupełnie nieznanego - tak pięknie pisze i śpiewa o morzu Ela Kołodziejczyk ("Kwiatuch"). I nie są to proste wierszyki czy zwykłe rymowanki tylko głębokie poetyckie przemyślenia bardzo wrażliwej osoby, ubrane następnie w balladową oprawę muzyczną - niektóre aż trudno uwierzyć, że da się zaśpiewać. ;-)
 
"I zwykle tak to bywa, że gdy na rejsu czas się rozstajemy, wiemy co nas łączy,
a gdy znów jesteśmy razem - wiemy co nas dzieli."

 
Zwycięzcą wśród tegorocznych debiutantów został młody zespół Pod Wiatr z Ostrowca Świętokrzyskiego, złożony głównie z młodych muzyków. Grają przede wszystkim repertuar autorski oparty na tekstach lidera tej formacji - Radosława "Radzia" Wójtowicza, (związanego wcześniej z zespołem The Groggers) i muzyce tradycyjnej wykonywanej w klimatach bluegrassu i ballady morskiej czy też irlandzkiej. Zespół dał świetny koncert, a jego kulminacją było bez wątpienia wykonanie przepięknie zaaranżowanej "Melodii tkanej wiatrem", jako dialog fletu (Małgorzata Wilczyńska) i skrzypiec (Piotr Wisowski).
 
"Gdzie mój port, gdzie mój dom, gdzie twój głos, gdzie twój szloch
Pośród bezkresu, cóż ja mogę ci dać
Oprócz gwiazd, oprócz fal, z których wiatr nuty tka
Nieś wietrze pieśń, tę co w sercu mi gra"

       ...

________________
komentarz | mail


      Statystyka

      ...


      Nagrody

     

 
 

Protokół z posiedzenia Jury
XXVII Międzynarodowego Festiwalu Piosenki Żeglarskiej Shanties w Krakowie
w dniu 24.02.2008.

Jury w składzie:

Anna Łaszewska
Mira Urbaniak
Piotr Zadrożny
Andrzej Mendygrał
i Andrzej Brońka - przewodniczący

 
postanowiło przyznać następujące nagrody i wyróżnienia
 
  - Grand Prix Shanties 2008 za wykonanie irlandzkiej pieśni "Johnny, I hardly knew 'Ya" Jury przyznało zespołowi "Sąsiedzi"
  - Za współczesną piosenkę żeglarską nagrodę Prezydenta Miasta Krakowa przyznano zespołowi "Atlantyda" za piosenkę "Nikt nie liczy dni".
  - Nagrodę Marszałka Województwa Małopolskiego za debiut otrzymuje zespół "Pod Wiatr".
  - Nagrodę Prezesa Polskiego Związku Żeglarskiego za autentyzm i wysoki poziom artystyczny Jury przyznało zespołowi "Four'n'Aft"
  - Nagrodę Redakcji Miesięcznika Żagle im. Tomka Opoki za najlepszy tekst piosenki premierowej Jury przyznało Grzegorzowi "Gooroo" Tyszkiewiczowi za tekst piosenki "Moje Mazury".
  - Nagrodę Organizatorów Festiwalu Shanties 2008 im. Stana Hugilla za wierność szancie klasycznej otrzymuje zespół "Cztery Refy". Jury ponownie z ubolewaniem stwierdza, że szanta klasyczna jest obiektem zainteresowania coraz mniejszej liczby zespołów, wywodzących się jednakże z tego nurtu.
  - W konsultacji z fundatorką nagrody im. Jerzego Fijki "Galion 2008", Jury postanowiło przyznać ją zespołowi norweskiemu "Gallionsfigurene" i na wyraźne życzenie fundatorki, p. Ewy Fijki oraz męskiej części Jury, równorzędną nagrodę zespołowi "Stare Dzwonnice".
  - Nagrodę Krakowskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego za największą przebytą liczbę mil morskich otrzymuje zespół Gallionsfigurene z Norwegii.
  - Nagroda specjalna (organizatorów vel. Ducha Opiekuńczego) XXVII Międzynarodowego Festiwalu Shanties 2008 w Krakowie dla "Starych Dzwonnic".

Jury z satysfakcją odnotowuje wysoki poziom artystyczny tegorocznego festiwalu przejawiający się w bardzo dobrym przygotowaniu warsztatowym występujących zespołów i w reżyserii koncertów. Fakt ten spowodował szybkie wyczerpanie Listy Nagród, co Jury przyjęło z niezadowoleniem. Próbując naprawić ten mankament wyróżnienia przyznano zespołom:
"Smugglers"
"Gdańska Formacja Szantowa"
"Flash Creep"
"North Wind"

Indywidualnie Jury postanowiło wyróżnić:
Dominikę Płonkę z zespołu "Sąsiedzi" za osobowość sceniczną
zespół "Banana Boat" za piosenkę autorską "Stavanger"
Waldemara Mieczkowskiego, który konsekwentnie stara się uchronić od zapomnienia oryginalną poezję Janusza Sikorskiego.

Ponadto Jury postanowiło wyróżnić zespół w składzie:
Izabela Puklewicz - skrzypce
Andrzej Korycki - gitara
Wirgiliusz Dryło - gitara basowa
Piotr Ruszkowski - mandolina
Jacek Jakubowski - akordeon
Wiktor Bartczak - tin whistle
Jerzy Ozaist - bodhran
Jerzy Rogacki - koncertina
Marek Szurawski - kości

Na tym protokół zakończono i podpisano.


Ponadto na zakończenie festiwalu Shanties 2008 przyznano następujące nagrody:
  - Nagroda publiczności Shanties 2008 dla zespołu "Cztery Refy".
  - Nagroda Komandora MKM Szkwał za osobowość sceniczną zespół "Banana Boat".
  - Nagrodę Biura do Spraw Morskich Urzędu Miasta Szczecin "dla żeglarki, która serce oddała nie tylko morzu ale i festiwalowi Shanties" otrzymała Sylwia Dziobek - rejs na Darze Młodzieży na jednym z etapów "The Tall Ship Races 2008".
  - Nagrodę ufundowaną przez Zbigniewa Jałochę "za dojrzałość sceniczną i wspaniały kontakt z publicznością" otrzymał zespół Tonam & Synowie
  - Dwie równorzędne nagrody "Krakowski Rejs Roku" "za przepłynięcie trasy Szkocja - W-y Owcze - Islandia na jachcie Gust" otrzymał Wojciech Miętka oraz Paweł Dąbrowski "za przepłynięcie trasy powrotnej Islandia - W-y Owcze - Szkocja"

 


Poprzednia strona - "Shanties 2007"
Następna strona - "Shanties 2009"
Historia Krakowskich Festiwali "Shanties"
Główna strona festiwalu "Shanties"

Ostatnia modyfikacja: 21.02.2017, 20:31:35


Stronę przygotował Maciek Ślusarczyk © 2008
Specjalne podziękowania za pomoc w zebraniu materiałów do tej relacji składam Krzyśkowi "Jachu" Janiszewskiemu (Smugglers, Szela) za wyjątkową czujność i udzielanie wsparcia jeszcze zanim zdążę o nie poprosić, ;-) Jurkowi Ozaistowi (Cztery Refy, North Wind) i Kamilowi Piotrowskiemu (Orkiestra Samanta, Szantymaniak) oraz jak zwykle mojej żonie Agnieszce i synkowi Grzesiowi za cierpliwość i wyrozumiałość, a także kolegom z pracy, których zostawiłem prawie na tydzień z moją robotą. Dziękuję również Koledze, który od roku pomaga mi w kwestiach technicznych związanych z hostingiem. ;-)
Komentarze i uwagi via e-mail.
 
© 1995-2018 Maciek Ślusarczyk. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.063 | powered by jPORTAL 2 & UserPatch | provided by webserwer.pl